Ferrari w pogoni za Mercedesem – rusza sezon Formuły 1!


Wśród sportów motorowych trudno znaleźć bardziej prestiżową dyscyplinę od Formuły 1. Już w ten weekend zawodami o Grand Prix Australii rozpoczyna się sezon 2016 zmagań najlepszych kierowców i konstruktorów na świecie. Pytanie nr 1 – czy Mercedes utrzyma dominację? Będzie to zapewne równoznaczne z kolejnym triumfem Lewisa Hamiltona.

Formuła 1 – sprawdź kursy na Grand Prix Australii
Dla Hamiltona ewentualny tytuł, a jest przecież głównym faworytem, byłby trzecim z rzędu, a czwartym w karierze. Koledze ze stajni może przeszkodzić przede wszystkim Nico Rosberg. Nie był on jeszcze nigdy mistrzem świata, ale robi by to zmienić. W zeszłym sezonie zakończył rywalizację na drugim miejscu, zwyciężając w trzech ostatnich zawodach Grand Prix. Jeśli wygra więc na inaugurację sezonu 2016, zaliczy po raz pierwszy w karierze cztery wygrane z rzędu. Kurs na jego sukces w Melbourne wynosi 3.25.

Kierowcy Mercedesa całkowicie zdominowali zeszłoroczną rywalizację w Formule 1. Rosberg w sumie wygrywał sześciokrotnie, a Hamilton 10 razy! Tylko trzy razy Grand Prix padało łupem kierowcy spoza Mercedesa – trzykrotnie był to Sebastian Vettel z Ferrari. Co więcej, Hamilton z Robsergiem stali na dwóch najwyższych stopniach podium w 12 z 19 zawodów! Kolejna statystyka z tego wynikająca jest równie miażdżąca dla reszty stawki – kierowcy Mercedesa zdobyli w tamtym sezonie 1404 punkty na 1710 możliwych, a zatem 82,1% całości! Coś niesamowitego.

Sam Hamilton może w tym sezonie ustanowić kilka własnych rekordów, począwszy od zwycięstwa w zawodach Grand Prix w dziesiątym już roku kalendarzowym. Brytyjczyk zostałby wówczas pierwszym w historii kierowcą, który wygrał przynajmniej jedne zawody w swoich 10 pierwszych sezonach w światowej elicie Formuły 1. Jeśli Hamilton wywalczy zaś pole position, zrobi to po raz 50. w karierze i tylko Michael Schumacher oraz Ayrton Senna mogą pochwalić się lepszym wynikiem w tej materii. Przy okazji mistrz świata może po raz szósty w życiu stanąć na podium Grand Prix Australii, także zrównując się z „Schumim”. Kurs na zwycięstwo Hamiltona wynosi 1.70.

 

Po piętach niemieckim włodarzom Mercedesa deptać zaczyna inna wielka firma tego sportu – Ferrari. Rosnącą formę zawodników tej stajni widać gołym okiem i jeśli ich sprzęt będzie nadążał, to może nas czekać dużo ciekawszy sezon, niż ten ubiegły. Włosi chwalą się świetną formą z zimowych testów, ale nie jest to w 100% obiektywny wyznacznik. Prawdziwe emocje i walka na torze pokażą prawdę o mocy Ferrari i dystansie do Mercedesa, jeśli takowy nadal będzie. Barwy drugiego z faworytów w klasyfikacji konstruktorów będą reprezentować wspomniany Vettel i Kimi Raikkonen. Wydaje się, że mimo ambitnych planów cała reszta stajni będzie musiała zadowolić się walką w środku stawki, poza pojedynczymi sukcesami, jak to zwykle bywa.

Ten sezon będzie nadzwyczaj długi. Rozpoczyna się już w niedzielę, a potrwa aż do 27 listopada, obejmując w ten sposób aż 21 eliminacji na 5 kontynentach. W Australii jeźdźcy Formuły 1 staną w szranki już po raz 32., a 21. w Melbourne. Po raz 19. impreza na Antypodach otwierać będzie rajdowy sezon F1. Co ciekawe, na torze Albert Park zobaczymy zwycięzców dziesięciu poprzednich zawodów o wielką nagrodę Australii – Fernando Alonso (wygrywał w 2006), Raikkonena (2007 i 2013), Hamiltona (2008 i 2015), Jensona Buttona (2009, 2010 i 2012), Vettela (2011) i wreszcie Rosberga (2014). Tak elitarne grono doświadczonych kierowców powinno zagwarantować emocje, które przecież nie zawsze są stałym elementem krajobrazu Formuły 1.

Uatrakcyjnić Formułę 1 mają nowe zasady kwalifikacji i walki o pole position. Rywalizacja w „czasówkach”, eliminująca kolejno najsłabszych zawodników trwać będzie aż do momentu, gdy na torze pozostaną dwaj – to właśnie oni zmierzą się w walce o pole position. Pomysł zebrał już wiele zarówno pozytywnych, jak i negatywnych recenzji, a jak będzie – pokaże życie.