Matej Zagar. Życiowa forma i domowe Grand Prix - czego chcieć więcej?


"Teraz albo nigdy" - to brzmi zdecydowanie zbyt banalnie, naiwnie i może nawet trochę głupio. Szczególnie w kontekście czarnego sportu, bo tutaj nigdy nie jest na nic za późno. Przykład? Mistrzostwo świata Grega Hancocka w wieku 44 lat. Ale z drugiej strony... lepszego momentu też nie ma. Akcje Mateja Zagara stoją najwyżej odkąd tylko wsiadł na motocykl żużlowy. Przed nim ogromna szansa wskoczenia na podium klasyfikacji generalnej Speedway Grand Prix. Jak na życzenie - może tego dokonać we własnym kraju, na torze w Krsko.

Kursy na GP Słowenii w Krsko
Reprezentant gospodarzy z liczbą 81 "oczek" traci zaledwie jeden punkt do trzeciego Hancocka i cztery do drugiego Nickiego Pedersena. Tyle, że chwilowo nie ma na niego mocnych. Taśma w górę i po robocie - z góry można zapisywać mu kolejną trójkę. Taki scenariusz miał miejsce nieustannie od 2002 roku. Ale tylko w mistrzostwach kraju, które Zagar wygrywa nieprzerwanie od 13 lat. Teraz przyszedł czas na arenę międzynarodową, bo od trzech rund non-stop trafia do finału SGP. Ostatni triumf w Gorzowie na pewno dodał mu dodatkowego kopa, choć emocje prawdopodobnie rozsadzały go podczas ostatnich zawodów… za bardzo. - Zachował się jak ostatni cham - napisał na Facebooku mechanik Chrisa Holdera, Przemysław Kłos. Po jednym z biegów Zagar - co zarejestrowały kamery - uderzył w głowę swojego mechanika i w mediach spadły na niego potężne gromy. Zwłaszcza, że powodów do specjalnych narzekań nie miał - sprzęt musiał być optymalnie dopasowany, skoro Słoweniec ostatecznie wygrał całe Grand Prix. Może sam na siebie wywiera za dużą presję?

- Nie zazdroszczę innym i przyznam, że nie chciałbym być teraz na niczym miejscu. Nie mam jednak wrażenia, że cokolwiek jest już zapewnione. Jestem na doskonałej pozycji wyjściowej z 24-punktową przewagą w generalce, ale wszystko może się jeszcze zdarzyć - komentuje z kolei Tai Woffinden, lider serii, któremu Krsko ewidentnie "leży". To automatycznie stawia go w roli największego rywala zawodnika gospodarzy. Przed dwoma laty (w 2014 GP Słowenii nie znalazło się w kalendarzu) Tai zajął drugie miejsce, ustępując tylko Jarosławowi Hampelowi. Zgromadził jednak aż 17 punktów, najwięcej w zawodach i trudno spodziewać się, że tym razem przydarzy mu się gorszy dzień.

Innym faworytem będzie jak zwykle nieobliczalny Pedersen. Nicki wygrywał w Słowenii dwa razy (takiej sztuki dokonał jeszcze na tym torze tylko legendarny Tony Rickardsson) i zaliczył aż 4 finały. Dla przeciwwagi Zagar do finału dotarł raz. Krsko to jednak doskonałe miejsce, by dotychczasową karierę spiąć klamrą. To tam wszystko się zaczęło. To tam żółtodziób z Ljubljany po raz pierwszy wyjechał na tor w wyścigu pod szyldem SGP. W debiutanckich zawodach w 2003 roku zdobył jednak zaledwie 5 punktów i robił za statystę.

A dziś? Lider Gorzowa, nazywany przez trenera Chomskiego "kluczowym" ogniwem w poprzednim sezonie, w którym klub sięgnął po złoty medal w Ekstralidze. Pora, żeby sukcesy drużynowe zaczęły przekładać się na medale zdobywane w zawodach indywidualnych. Wreszcie tych najbardziej prestiżowych.

Słowenia doczekała się już jednego mistrza Europy. W 2008 został nim - a jakże – właśnie Zagar. Pora na pierwszy medal w historii kraju w SGP, choć ponoć na to za wcześnie: - Skupiam się na najbliższych zawodach i jednocześnie jestem bardzo szczęśliwy, że GP wraca do Krsko. Czuję jednak pewną presję, bo w 2013 byłem sobą zawiedziony (8. miejsce). Wierzę jednak w siebie i w to, że stadion uda się wypełnić po brzegi - puentuje z nadzieją Zagar, choć o trybuny chyba nie musi się martwić. Z przyjazdem bohatera narodowego wypełnią się same.