Tytuł wraca do Oakland?


Po trzech zwycięstwach w finałach NBA 2017 koszykarze Golden State Warriors wreszcie zostali zatrzymani. Wygrana Cleveland Cavaliers w meczu nr 4 przedłuża walkę o pierścienie tego sezonu, ale chyba tylko hurraoptymiści wśród fanów Cavs wierzą jeszcze w skuteczną pogoń swojej drużyny. Dziś w nocy rywalizacja wraca do Oakland, a wraz z nią wrócić tam może tytuł mistrzowski. Wystarczy, że GSW znów wygrają.

Golden State Warriors 1.28, Cleveland Cavaliers 3.85 – wtorek 3:00
„Wojownicy” wygrali dwa pierwsze mecze u siebie, a także pierwsze wyjazdowe starcie. W tym momencie notowali serię 15-0 w playoffach. Do pełni szczęścia brakowało im tylko kolejnego zwycięstwa na terenie Cavs – oznaczałoby ono zdobycie tytułu w najmniejszym możliwym wymiarze spotkań play-off. Cavaliers zagrali jednak wreszcie jak na mistrzów przystało – wygrali wysoko 137:116. Przewaga została wypracowana już podczas pierwszej kwarty, a w każdej kolejnej była tylko minimalnie powiększana. Ani przez moment podopieczni Steve’a Kerra nie zbliżyli się do rywali. Efektowna wygrana „Kawalerzystów” daje im jeszcze cień nadziei na sukces.

Rok temu Cavs dokonali rzeczy niesłychanej – przy stanie 1-3 odrobili stratę i zdobyli tytuł. W tym roku mogą dokonać sztuki, która nie udała się jeszcze nikomu w historii NBA. Dotychczas 126 razy zdarzyło się, aby jedna drużyna prowadziła w serii 3-0. Ekipa będąca na straconej pozycji, dziewięć razy doprowadzała do szóstego meczu w serii, trzy razy do siódmego spotkania, ale nigdy nie zwyciężyła! To bezlitosna statystyka, ale z drugiej strony jeśli LeBron James i spółka dokonają tak spektakularnej „remontady”, bez wątpienia zostaną na trwałe w historii koszykówki. James zostałby wówczas okrzyknięty bez cienia przesady najlepszym zawodnikiem w dziejach tego sportu. Droga do tego wiedzie przez trzy kolejne zwycięstwa – w Oakland, potem w Cleveland i znów w Oakland, w ewentualnym decydującym meczu nr 7.

Na razie scenariusz w którym Cavs sięgają po tytuł wydaje się być dobrym materiałem na mało realistyczny film. Sam James podkreśla, że z tak silnym zespołem jak tegoroczna ekipa GSW jeszcze nie grał. LeBron w każdym meczu finałów notuje lub ociera się o triple-double. Dzielnie wspiera go punktowo Kylie Irving, ale po drugiej stronie wydajniejsi są Kevin Durant, Stephen Curry czy Draymond Green. Ubiegłoroczne finały, w których Warriors roztrwonili przewagę dwóch meczów, dały im nauczkę. W tym sezonie faworyci ligi nie „wystrzelali się” w fazie zasadniczej, nie bili rekordów, ale systematycznie robili swoje. Curry uniknął problemów zdrowotnych i jest w optymalnej formie, a ze wsparciem takim jak sprowadzony przez sezonem Durant, po prostu są nie do zatrzymania. Tak się przynajmniej wydaje, bo prawdę poznamy dopiero w momencie, gdy któryś z zespołów wygra po raz czwarty.

Najlepiej o skali trudności zadania jakie stoi przed Cavs niech świadczy fakt, że by pokonać ekipę z Oakland w meczu nr 4, podopieczni Tyronna Lue musieli zagrać „życiówkę”. Do przerwy gospodarze zdobyli aż 86 punktów, co jest rekordem w finałach NBA! Tylko zachowanie tak wspaniałej skuteczności i oczywiście konsekwentna praca w defensywie może pozwolić na kontynuowanie mistrzowskiego snu. Jeśli „Kawalerzystom” nie wyjdzie kolejny punktowy koncert, prawdopodobnie w hali Golden Stare Warriors wystrzelą korki od szampanów.

Finał startuje w nocy z poniedziałku na wtorek o 3:00 czasu polskiego. Transmisję zapewnia Unibet TV!