You can hate me now. Wraca NBA i LeBron!


Najbardziej hejtowany i zarazem najbardziej kochany atleta Stanów Zjednoczonych. Kiedyś bohater, później zdrajca (kiedy zabrał swoje talenty na South Beach). Teraz znowu król (kiedy wrócił do Ohio). Człowiek skrajności. Po prostu King James - najlepszy koszykarz świata. Żywa legenda NBA. Przyszły członek Hall of Fame. Wreszcie – potencjalnie przyszły mistrz z Cleveland Cavaliers. Od kolejnej wyprawy LeBrona po pierścień dzielą nas już tylko 24 godziny. We're back in action. Przed nami sezon 2015/16.

YOU CAN HATE ME NOW

"You think I'ma come this far, and let you niggas stop me now?" - tak w 1998 roku w kawałku "You can hate me now" rapował Nas. Człowiek, którego LeBron tytułuje swoim "homie". Panowie mają wspólny mianownik. Nie przejmują się krytyką, a z tą najlepszy zawodnik ligi zmaga się paradoksalnie non-stop. Amerykańska firma Harris Poll zapytała 2200 mieszkańców Stanów Zjednoczonych o najbardziej lubianego i nielubianego sportowca. Zwycięzca mógł być tylko jeden. Kiedy LbJ dostaje skurczu, pół Ameryki ma już gotowe memy. Kiedy wygrywa, drugie pół kraju narzuca na siebie bezrękawnik z jego nazwiskiem.

W jednym z niedawnych wywiadów urodzony w Akron koszykarz wybąkał: - "Czasem czuję się jak słoń w składzie porcelany".  Wypowiedź wypłynęła po tym jak skrzydłowy wstawił się za swoim kumplem Tristanem Thompsonem, który przez trzy miesiące usiłował porozumieć się z Cavs w kwestii nowej umowy. Stanęło na tym, że... minął termin bezspornego rozwiązania konfliktu, czyli 1 października. Kiedy koszulki Thompsona zniknęły nawet ze sklepu internetowego "Kawalerzystów", LbJ wkroczył do gry. Na Instagramie wrzucił zdjęcie ze swoim kanadyjskim kumplem i określił je dość sugestywnym "Get it done". Parę dni później wolna agentura dobiegła końca, Tristan cieszy się już z 5-letniej umowy opiewającej na 82 miliony dolarów, a "Król" twierdził, że wcale nie wywierał presji na klubowych działaczach...

Naturalnie nie brak głosów, że James wtrąca się w nie swoje sprawy, ale czy na pewno? 4-krotny MVP już w poprzednim sezonie w kilku sytuacjach dawał do zrozumienia trenerowi Davidowi Blattowi, że ma własne pomysły na rozgrywanie niektórych ataków. W angielskim futbolu od lat funkcjonuje powiedzenie, że żaden gracz nie jest większy niż klub. W NBA nic podobnego nie obowiązuje.

BUT I WON'T STOP NOW

Powyższe słowa - dalej z tego samego kawałku Nasa - usłyszymy z ust faworyta do nagrody MVP pewnie nawet po powrocie Kyrie Irvinga (data nieokreślona, zastąpi go wracający do "Kawalerzystów" Mo Williams), który wciąż leczy się po finałach z GSW. Niewątpliwym plusem na start 70. sezonu NBA jest jednak powrót Love'a, który ma za sobą najgorszą (pod względem punktów i zbiórek) kampanię od pięciu lat. - Kevin jest w bardziej komfortowej sytuacji niż w 2014 roku, bo ma na koncie jeden sezon w zespole. Wie, czego oczekiwać od siebie, drużyny i doskonale zna także oczekiwania kolegów. Wierzę, że dokona wielkich rzeczy - kwituje prosto z mostu King James.

Klub skorzystał z opcji zespołu w stosunku do Timofieja Mozgowa i Rosjanin zostaje na kolejny rok. Szalony J.R. Smith miał opcję gracza opiewającą na 6 milionów dolarów, ale odstąpił od niej i przy zerowym zainteresowaniu pozostałych teamów... podpisał papiery na mniejszą kwotę. James za kolejne dwa lata w Ohio zgarnie 47 milionów (z opcją gracza na drugi sezon). Tylko po to, by wobec wzrostu salary cap zostać ostatecznie najlepiej zarabiającym zawodnikiem ligi.

Wpadki z poprzedniego sezonu nie powinny mieć miejsca. Kiedy lider Cavs wypadł na kilka gier, bilans zawodników Blatta wyglądał przygnębiająco - 19-20. Mocny finisz (34-9) został koniec końców zakłócony przez kontuzję dwóch największych pomagierów LeBrona. Dwukrotny mistrz ligi z Miami Heat sam ma problem i bez ogródek tłumaczy, że chętnie odda trochę minut na parkiecie Kevinowi Love. Czas nie stoi w miejscu. Ma 30 lat, ale dystanse przebiegane na parkiecie (zdaniem specjalistów większe niż w przypadku wielu klasowych zawodników przez całą karierę) odbijają się na zdrowiu. - Kiedy jestem zdolny trenować, zawsze uczestniczę w zajęciach. Kiedy mogę grać, zagram. Jeśli nie, wycofam się. Nie zamierzam oszczędzać swojego ciała, ale nie chcę go też okłamywać - kwituje James, który ominął końcówkę preseason z powodu problemów z plecami.

Mimo to, generalni menedżerowie 30 klubów wskazują Cavs jako głównego faworyta do tytułu (53,6% głosów). To więcej niż ubiegłoroczni zwycięzcy, Golden State Warriors, którzy utrzymali cały trzon drużyny. O kolejne mistrzostwo powalczy też Greg Popovich i jego Spurs wzmocnieni wyraźnie świeżą krwią, zwłaszcza w ich przypadku, bo zaledwie 30-letnim LaMarcusem Aldridgem. No, doszedł też David West, 35-letni, ale przez to wystarczająco zarobiony, żeby zostawić kilkakrotnie wyższy kontrakt na stole od Pacers i podpisać za minimum z mocnym pretendentem do tytułu. Na Zachodzie trzeba pamiętać jeszcze o Houston, które po dodaniu Ty Lawsona, utalentowanego, lecz ostatnio głównie nietrzeźwego rozgrywającego, ma wszystkie elementy potrzebne do złożenia z tych kilkunastu elementów mistrzostwa. Wschodu natomiast tanio nie odda były pracodawca Jamesa – Miami - wzmocnione głównie powrotem Chrisa Bosha oraz obsadzeniem ławki solidnymi weteranami, takimi jak Gerald Green czy Amare Stoudamire. Chicago tradycyjnie będzie próbowało przebrnąć do finałów, tym razem bardziej ofensywnym krokiem zaordynowanym przez trenera Freda Hoiberga. Wraca też (znów) Derrick Rose, który dostanie od kibiców kolejną ostatnią szansę na przywrócenie mistrzostwa Chicago.

Transmisje meczów NBA obejrzysz w Unibet TV

LeBron jednak postara się wyraźnie zaznaczyć swój teren i już na starcie utrącić „Bykom” rogi. W nocy z wtorku na środę jego Cavs zmierzą się bowiem w Quicken Loans Arena z Chicago Bulls. - Jestem gotowy na wyzwanie - kwituje. Chciałoby się tylko dodać:

...CAUSE I CAN'T STOP NOW