Liverpool wróci na kurs?


Gdy pod koniec sierpnia Liverpool gromił u siebie Arsenal 4:0, nikt nie mógł przypuszczać, że półtora miesiąca później zespół z Anfield Road będzie w tabeli za plecami nie tylko „Kanonierów” i wszystkich rywali z TOP6, ale także… Burnley. Od tamtego momentu „The Reds” wygrali jednak zaledwie jeden ligowy mecz, a pogubili się także w Champions League. Czy wrócą na kurs w najbardziej odpowiednim momencie – w sobotnim szlagierze z Manchesterem United? Bez kontuzjowanego Sadio Mane sprawy się komplikują…

Liverpool 2.80, remis 3.40, Manchester United 2.70 – sobota 13:30
Od września Liverpool wygrał tylko raz – ligowy mecz z Leicester (3:2). Poza tym – w lidze dwa remisy i porażka, w Lidze Mistrzów dwa remisy, a w Pucharze Ligi porażka, notabene z Leicester. Podopieczni Jurgena Kloppa osunęli się w tabeli na 7. pozycję, a gra zespołu może niepokoić wszystkich fanów.

Czy początkiem nieszczęść był transfer Alexa Oxlade’a Chamberlaina z Arsenalu, jak chcieliby złośliwi? Prędzej można się tu doszukiwać wpływu czerwonej kartki Sadio Mane. Senegalczyk już w zeszłym sezonie był swoistym amuletem Liverpoolu – z nim w składzie drużyna z Anfield Road zdobywała więcej bramek i punktów – statystyki były jednoznaczne. To raczej nie kwestia magiczna, a po prostu piłkarska wartość Mane, który w spotkaniu z Manchesterem City (porażka 0:5) wyleciał z boiska już na samym początku, za brutalny atak na bramkarza „Obywateli”. W ligowej gry Mane wrócił w meczu z Newcastle, ale nie nacieszył się futbolem zbyt długo – w meczu reprezentacji Senegalu doznał kontuzji, która wykluczy go z gry na co najmniej miesiąc. Powiedzieć, że to zła wiadomość dla Kloppa, to w zasadzie jakby nie powiedzieć nic. Wprawdzie znów w formie jest Philippe Coutinho, który stracił początek z sezonu z powodu transferowej sagi z Barceloną w roli głównej, ale brak Mane to i tak ogromny cios, zwłaszcza dla drużyny, która zgubiła się odpowiedni rytm.

Z jednej strony przełamać się w meczu z Manchesterem United to wielka sprawa, zastrzyk dodatkowej pozytywnej energii i morale +100 w górę, ale z drugiej – trudno wyobrazić sobie bardziej wymagającego rywala w Premier League, zwłaszcza gdy ma się już za sobą mecz z Manchesterem City.

Takich problemów nie ma Jose Mourinho. Chciałoby się rzec, że bogatemu diabeł dzieci kołysze, bo nawet gdy kontuzji doznał Paul Pogba, wspaniale zastępuje go skreślany przez wielu Marouane Fellaini. W Champions League Manchester United rozpoczął od dwóch zwycięstw, a w lidze potknął się tylko raz – na Stoke City. Jedną małą wpadkę ma też na koncie lokalny rywal United i w tabeli dwa kluby z fabrycznego miasta są na prowadzeniu – City przeważa dzięki minimalnie korzystniejszej różnicy bramek.

W przypadku Mourinho trudno jednak mówić o szczęściu czy przypadku. Niemal w każdym prowadzonym przez siebie klubie, w drugim sezonie Portugalczyk wygrywał ligę. To efekt mądrej polityki kadrowej, którą oczywiście ułatwia praktycznie nieograniczony budżet. Strzałem w „dziesiątkę” okazało się sprowadzenie Romelu Lukaku, ale i inni zawodnicy w sezonie 2017/18 odpalili z formą – wystarczy wspomnieć tu Pogbę, Henrikha Mkhitaryana czy cały blok obronny, który stanowi monolit. Poza meczem ze Stoke, United nie stracili gola w żadnym innym ligowym meczu, a w Lidze Mistrzów jednego. Przez Roberto Firmino i spółką stoi więc zadanie wręcz karkołomne. Liverpool to jednak wciąż zespół o sporym potencjale ofensywnym, więc nic nie jest tu przesądzone przed pierwszym gwizdkiem, tym bardziej, że to ligowy klasyk o najwyższej temperaturze. Dla kibiców jednej i drugiej drużyny mecz nr 1 w sezonie, ważniejszy nawet od derbów z Evertonem czy Man City.