Mecz ostatniej szansy Wengera


9 – tyle punktów wynosi przewaga londyńskiej Chelsea nad drugim Tottenhamem i trzecim Arsenalem. Mogła wynosić mniej, ale ekipy z północnego Londynu nie wykorzystały wtorkowego remisu „The Blues” z Liverpoolem. Arsenal przegrał u siebie z Watford, a „Koguty” zaledwie zremisowały bezbramkowo z Sunderlandem. W efekcie spotkanie rozpoczynające 24. kolejkę Premier League pomiędzy Chelsea a Arsenalem ma gigantyczny ciężar gatunkowy.

Chelsea 1.95, remis 3.60, Arsenal 4.30 – sobota 13.30
W przypadku wygranej gospodarzy Arsenal będzie już praktycznie poza realną walką o mistrzowski. Odrobienie 12 punktów straty trzeba będzie odbierać raczej w kategoriach fantastyki. Dla Chelsea oznaczać będzie to zaś kolejny krok do tytułu – tym razem niemal milowy. W najgorszym wypadku podopieczni Antonio Conte utrzymają 9-punktową przewagę nad Spurs i o punkt większą nad Liverpoolem i Manchesterem City. A przecież nigdzie nie jest powiedziane, że obie te drużyny wygrają swoje mecze… Koronacja wisi w powietrzu, choć przecież matematycznie jeszcze przez wiele tygodni nic nie będzie rozstrzygnięte. Prowadzenie Chelsea do przerwy wyceniamy 2.50.

Kibice w północnym Londynie z pewnością liczą na to, że historia sezonu 2016/17 zatoczy koło. Chelsea notowała średnio udany start sezonu – traciła sporo punktów i nie wyglądało na to, by miała być realnym kandydatem do walki o mistrzostwo. Apogeum niemocy był mecz z 24 września, kiedy „The Blues” polegli na Emirates Stadium 0:3. Choć była to wczesna faza rozgrywek, wielu odtrąbiło już, że Chelsea nie liczy się w wyścigu o tron, a „Kanonierzy” są jego głównym faworytem. Od tamtej pory trochę wody w Tamizie upłynęło, a Chelsea rozegrała w tym czasie 17 meczów w Premier League. Ich bilans to 15 zwycięstw, jedna porażka z Tottenhamem i wtorkowy remis z Liverpoolem. Miazga! Właśnie dlatego gospodarze są faworytem tego starcia. Wygrana „The Blues” bez remisu to u nas kurs 1.40.

Notabene niewiele brakowało, a wtorkowy mecz zakończyłby się zwycięstwem Chelsea. Londyńczycy prowadzili 1:0, a potem przy stanie 1:1 mieli rzut karny. Diego Costa przegrał jednak pojedynek z Simonem Mignoletem i doszło do podziału punktów. Czy znów mecz Chelsea z Arsenalem będzie momentem zwrotnym sezonu? Póki co wrześniowe 3:0 na korzyść podopiecznych Wengera jawi się jako przebudzenie mocy… „The Blues”. Być może teraz sytuacja się odwróci i od sobotniego starcia na Stamford Bridge, drużyna z zachodniego Londynu znów zacznie regularnie gubić punkty, a wyścig o wygranie ligi znów nabierze rumieńców? To oczywiście tylko dywagacje. Niezależnie od nich role póki co są jasne – Chelsea nawet w wypadku porażki pozostanie liderem jeszcze co najmniej przez trzy kolejki. Arsenal jeśli zejdzie z boiska pokonany, najprawdopodobniej będzie mógł już skupić się wyłącznie na walce o miejsce w TOP 3, a także w Pucharze Anglii i Lidze Mistrzów, gdzie już w 1/8 finału czeka wyzwanie piekielnie trudne – Bayern Monachium.

Biorąc pod uwagę wyniki meczów Chelsea z Arsenalem na Stamford Bridge w ostatnich sezonach, trudno o stwierdzenie, że przyjezdni mają spore szanse. Sezon 2012/13 – wygrana gospodarzy 2:1. Rok później – pamiętne 6:0, które popsuło jubileusz Wengera. Kolejne dwa sezonu to za każdym razem zwycięstwa 2:0 miejscowych. Ostatni raz Arsenal pokonał Chelsea w ligowym meczu na jej stadionie w rozgrywkach 2011/12. Tamten mecz zakończył się efektownym wynikiem 5:3 dla gospodarzy, ale o tym z jak zamierzchłą historią mamy tu do czynienia niech świadczy fakt, że hat-trickiem w szeregach gości popisał się Robin van Persie. Teraz o sile ofensywnej Arsenalu decyduje przede wszystkim utrzymujący się w znakomitej formie Alexis Sanchez. Rywalizacja Sancheza z Costą może być jednym z języczków u wagi sobotniego szlagieru w Premier League. Obaj panowie są głównymi kandydatami do wygrania klasyfikacji kanadyjskiej ligi. Gol Costy wyceniamy na 2.14, a trafienie Chilijczyka na 3.55.

Przy okazji spotkania Chelsea z Arsenalem nie sposób w dwóch słowach nie wspomnieć o dwóch postaciach, które niegdyś budowały potęgę londyńskich klubów, ale teraz od kilku sezonów stoją po drugie stronie barykady. Petr Cech został legendą Chelsea, ale gdy Jose Mourinho jednoznacznie postawił na Thibault Cortouisa, ten wybrał ofertę Arsenalu. Z kolei Cesc Fabregas rozpoczynał swoją wielką karierę w młodym wieku w Arsenalu. Po latach wrócił do Barcelony, skąd się wywodził, ale Katalonii znów nie podbił. Wrócił do Premier League, ale wobec braku zainteresowania ze strony Wengera, zdecydował się na Chelsea. W tym sezonie Fabgreas w ekipie Conte pełni przeważnie rolę rezerwowego. Miejsce Cecha w wyjściowej jedenastce "Kanonierów" nie podlega dyskusji.