Premier League: Kto mistrzem?


Jeszcze tydzień temu odpowiedź na pytanie o mistrza Anglii 13/14 była nader oczywista. Wszyscy zgodnym chórem wskazywali na Liverpool. Porażka „The Reds” z Chelsea zmieniła układ sił i na dwie kolejki przed końcem większe szanse daje się Manchesterowi City.

Drużyna z niebieskiej części Manchesteru wszystko w swoich rękach. Trzy mecze przed sobą i w przypadku trzech zwycięstw praktycznie na 100% tytuł mistrzowski. Jeśli „Citizens” i Liverpool wygrają swoje ostatnie mecze w sezonie, wówczas zakończą ligę z 86 punktami. W przypadku równej liczby punktów, o wyższym miejscu w Premier League decyduje bilans bramek. Ten w przypadku podopiecznych Manuela Pellegriniego wynosi +58, a jeśli chodzi o zespół Brendana Rodgersa „tylko” +50. Zatem gdyby „Obywatele” wygrali pozostałe swoje trzy mecze różnicą raptem jednej bramki, wówczas Liverpool musiałby pokusić się np. o dwie wygrane 6:0, co raczej należy uznać za piłkarskie „science fiction”. Manchester City czekają jeszcze mecze z Evertonem (wyjazd, w najbliższą sobotę), Aston Villą (dom, 7 maja) i wreszcie z West Hamem (dom, 11 maja). Kluczowe wydaje się być to pierwsze spotkanie z „The Toffees”. Podopieczni Roberto Martineza mają jeszcze cień szansy na Ligę Mistrzów (kurs 25.00), choć po ostatniej porażce z Southamptonem, szansa ta jest już czysto matematyczna. Everton to jednak silny zespół, który potrafił w tym sezonie m.in. dwukrotnie pokonać Manchester United czy pogromić Arsenal 3:0. Jeśli City wygra w sobotę na Goodison Park, droga do tytułu mistrzowskiego będzie dla podopiecznych Pellegriniego utorowana.

Liverpool już witał się z gąską u brzegu ogródka, a tymczasem w niedzielę na Anfield kibiców „The Reds” brutalnie na ziemię sprowadził Jose Mourinho i jego Chelsea. Remis w tamtym meczu niemal gwarantował drużynie Rodgersa sukces, bowiem przed nimi dwa proste mecze – wyjazdowy z Crystal Palace i wieńczący sezon u siebie z fatalnie spisującym się ostatnio Newcastle. Dla takich zawodników jak Luis Suarez, Daniel Sturridge czy znajdującego się w niesamowitej formie Raheema Sterlinga, tacy rywale to przysłowiowa bułka z masłem. Można zatem przypuszczać, że jeśli sąsiedzi z Merceyside staną ością w gardle „Obywateli”, wówczas „The Reds” nie wypuszczą okazji z rąk. Jeśli wypuszczą – Steven Gerrard zostanie okrzyknięty największym pechowcem sezonu, bowiem to po jego błędzie w niedzielę Chelsea zdobyła pierwszą, najważniejszą bramkę meczu. Dla Gerrarda ten sezon może być zresztą ostatnią okazją na zdobycie upragnionego mistrzostwa Anglii, którego legenda klubu z Anfield nie ma w swoim dorobku.

Najmniejsze szanse w wyścigu ma londyńska Chelsea. Wprawdzie terminarz „The Blues” jest równie prosty (jeśli nie prostszy) niż ten Liverpoolu, ale nawet dwa zwycięstwa mogą teoretycznie skończyć się jedynie brązowym miejscem na podium. Ekipa Mourinho zagra w weekend u siebie z Norwich (spadek 1.08), a w ostatniej kolejce czeka ją podróż do Cardiff (spadek 1.04). Mecze z murowanymi kandydatami ostatnio wcale nie są dla Chelsea takie łatwe. Wystarczy wspomnieć tu sławetny remis 0:0 z West Hamem i wstydliwe porażki z Crystal Palace czy Sunderlandem. To właśnie w tych meczach Mourinho i jego Chelsea przegrali tytuł. O ile go przegrali... 

Liga angielska jest najciekawszą na świecie, właśnie dlatego, że każdy zespół gra na niesamowitym poziomie zaangażowania. Wszystkie drużyny są przygotowane motorycznie i fizycznie do walki z rywalami z ligowego „topu” i nawet teoretyczni „słabeusze” potrafią napsuć krwi faworytom. To właśnie powoduje, że finisz rozgrywek 13/14 zapowiada się frapująco. Wszyscy podkreślają, że ten sezon jest zupełnie niesamowity i nie do powtórzenia. Oby ostatnie kolejki wpisały się w nurt tego rodzaju opinii. Kto wie, może znów o mistrzostwie zdecyduje doliczony czas gry, jak wtedy gdy Sergio Aguero wydarł tytuł Manchesterowi United rzutem na taśmę, w ostatniej akcji spotkania z QPR?