Seria fortunnych zdarzeń Leicester City


Do opisania losów Leicester City w Premier League w zeszłym sezonie najlepszy byłby... reżyser. Gwarantujemy - scenariusz przygarnęłaby nawet wytwórnia Paramount Pictures. Jedna z największych ucieczek w historii spod gilotyny. Jedenastu bohaterów. No dobra, na upartego trzynastu, gdyby doliczyć menedżera i wspaniałych kibiców. Jak to możliwe, że zespół, który był czerwoną latarnią ligi pozostał w rozgrywkach, a dziś plasuje się na rewelacyjnym piątym miejscu w lidze? Poszukiwanie odpowiedzi to szaleństwo, ale można spróbować...

Nic nie trzyma się tutaj pozornie kupy. Owszem, klub jest znakomicie zarządzany, ale rewelacyjne wyniki Leicester przerastają absolutnie wszystkich ekspertów. Nigel Pearson ratuje sezon 2014-2015, po czym odchodzi w niesławie po tajlandzkiej seksaferze z udziałem jego syna (członka klubowej akademii). Oficjalnie klub podaje jako komunikat inny sposób patrzenia na świat. Przychodzi Claudio Ranieri. Gość, który dostawał po uszach w Valencii, Juventusie, Romie, Interze, Monaco... Niezły był w Chelsea, ale 13 lat temu. Tymczasem wpada na Wyspy i nagle zamyka krytykom usta. A jego najlepszym narzędziem jest gość, który kopał w Sunday League.

Co się wydarzyło przez te kilka miesięcy? Po kolei. Jamie Vardy to osoba, bez której absolutnie nie można wyobrazić sobie ekipy "Lisów". Facet przed czterema laty – w wieku 25 lat(!) -dołączył do klubu z Fleetwood Town. Absolutnej amatorki. Szef skautingu ekipy z King Power Stadium, David Mills (w przeszłości piłkarz m.in. Newcastle United), dostrzegł jednak, że ma niesamowity dar. Może i zbiera kolejne kopy po piszczelach w odpowiedniku tamtejszej okręgówki - ale wciąż strzela. Żeby przypadkiem nie streszczać Wikipedii: przejście do poważnego zespołu nie było dla Vardy’ego łatwe, bo coś się zacięło. Dostał jednak kredyt zaufania i nikt nie zamierzał go odpalać. O facecie było cicho, dopóki nie nadszedł 25 września 2014.

Leicester wychodzi na murawę przed własną publicznością. Naprzeciwko mocarny Manchester United prowadzony przez Van Gaala. Bum. Van Persie. 0:1 po 13 minutach. Bum. Di Maria pięknym lobem na 0:2 w 16. Najdroższy piłkarz w historii "Czerwonych Diabłów" popisuje się niewiarygodnym lobem, a fani "Lisów" trzymają się za głowy. I trwają w tym stanie do 97 minuty, do końca doliczonego czasu gry, tylko z zupełnie innego powodu. Wydarza się w tym czasie cud. Leicester strzela gola za golem i wygrywa 5:3. Vardy gra kapitalny mecz, dorzuca jedną z bramek do Ulloi (dwa trafienia), Cambiasso i Nugenta. Żeby zobrazować absolutny szok całej Anglii, wystarczy posłużyć się statystykami:
- Leicester strzelił wtedy pierwszy raz 5 goli w Premier League od marca 2000 (mecz z Sunderlandem)
- United pierwszy raz w historii stracili pięć bramek w meczu z beniaminkiem
- Leicester strzeliło więcej niż cztery bramki w pojedynku z Man Utd po raz pierwszy od... kwietnia 1963.

Wystarczy? Jeśli nie, to na deser: zespół z Old Trafford pierwszy raz w historii oddał dwubramkowe prowadzenie w Premier League.

Był ledwie początek sezonu, a "Lisy" wspięły się na szóste miejsce w lidze. A później stopniowo z niego zjeżdżały. Aż na samo dno. Pomiędzy 29 listopada a 28 grudnia beniaminek przegrał siedem meczów z rzędu. Menedżer Nigel Pearson miał już żegnać się z posadą w lutym bieżącego roku, ale nagle coś drgnęło. Pracownicy drużyny z East Midlands tłumaczyli w mediach: - "Cały sezon graliśmy dobrze, ale przegrywaliśmy. Nagle, bez diametralnej zmiany w stylu, zaczęliśmy wszystkim odbierać punkty".

Anglicy śmiali się, że zespół grał na mecie rozgrywek lepiej niż Real Madryt i Bayern Monachium w swoich ligach. Nic dziwnego. Vardy dostał powołanie do kadry i zebrał tyle gratulacji, że... rozładowała mu się bateria zanim siadł do ich odczytywania. Klub wygrał sześć z siedmiu meczów w schyłkowej fazie sezonu. Puentą był remis z Sunderlandem, dający „Lisom” utrzymanie. Przy udziale Marcina Wasilewskiego, który wtedy regularnie pojawiał się na boisku i rozegrał z „Czarnymi kotami” pełne 90 minut.

Przy nowych porządkach, przy Ranierim, Polak wszystko ogląda z boku (0 meczów w Premier League, 3 na pocieszenie w Pucharze Ligi). Latem wygasał mu kontrakt, ale za zasługi (awans do Championship, utrzymanie w Premier League) dostał nową, roczną umowę. Wypełni ją i pewnie wróci do Polski. Ranieri może żałować tylko jednego, bo Wasilewski został, ale odszedł Esteban Cambiasso. Argentyńczyk z nadmiaru wrażeń wybrał się na piłkarską emeryturę i dziś gra w Olympiakosie. Momentami musi przecierać oczy ze zdumienia - jego kumple z Anglii dalej robią swoje. Nieprawdopodobne wrzutki Albrightona, kapitalne zejścia ze skrzydła na środek Mahreza. I bomby zza pola karnego. Algierczyk przychodził do zespołu za ledwie 450 tysięcy funtów z drugiej ligi frnacuskiej. Dziś w klubie twierdzą, że jest warty 25 milionów funtów... Vardy? 7 bramek w kolejnych meczach Premier League. Wyrównanie rekordu życiowego Iana Wrighta czy Alana Shearera.

Wszyscy wokół zadają pytanie - jak to możliwe? Jakim cudem są tak wysoko? - To po prostu dobry skauting. Wyszukujemy odpowiednich ludzi w każdym aspekcie. Chodzi nie tylko o talent, ale i o charakter. Przy tak skonsolidowanej szatni nie ma mowy, żebyśmy nie odnosili sukcesów na miarę naszych możliwości - puentuje specjalnie dla nas 63-letni szef skautingu "Lisów", David Mills. I spokojnie spogląda na szóste miejsce w tabeli, dodając: - Ci chłopcy są tak pewni siebie, że stać nas na jeszcze więcej.