Misja trwa - Serena Williams przed kolejnym życiowym rekordem


W dobie Internetu każdy anonimowy użytkownik lubi sobie poużywać. Ale nie z niej, bo na Twitterze nadano jej nowy pseudonim: "Serena Slam". Bez wielkiego ryzyka można postawić tezę, że mowa o najwybitniejszej współczesnej tenisistce. Serena Williams gra niemal bezbłędnie, choć jej trener Patrick Mouratoglou nie pozostawia wątpliwości: "Może być jeszcze lepsza". Ona z kolei wtóruje: "Cały czas myślę, co mogę poprawić. Pytanie jednak - jak to zrobić?"

O odpowiedź trudno, bo już wygrywając lipcowy Wimbledon została najstarszą triumfatorką turnieju wielkoszlemowego (33 lata, 289 dni). Teraz stoi przed kolejną wielką szansą - po pokonaniu siostry Venus w ćwierćfinale US Open (6:2, 1:6, 6:3) może przejść do historii jako kolejna, która wygrała w jednym roku wszystkie cztery wielkoszlemowe turnieje. Taka sztuka dokonała się po raz ostatni w odległym 1988 roku, kiedy na świecie dominowała bezkonkurencyjna wówczas Steffi Graf.

Mecz z Venus w amerykańskich mediach pozostawił pewien niedosyt, bo wszystko ułożyło się jakby według starego scenariusza. Na 27 meczów pomiędzy siostrami - 23 razy wygrywała ta, która prowadziła po pierwszym secie. Gładkie 6:2 na otwarcie sugerowało, że tym razem nie może być inaczej i koniec końców Serena awansowała do półfinału. Daleka jednak była od wniosków, że sprawy poszły tak łatwo, jak mogło się to wydawać: - "To był ciężki dzień. Wychodzisz na kort przeciwko najlepszej przyjaciółce, ale jednocześnie ze świadomością, że to największa rywalka w świecie tenisa. Odkładam wtedy na bok myśli, że to moja siostra, bo jest wspaniała - ma doskonały serwis i muszę się przy niej nabiegać". Faktycznie, młodsza z sióstr pokonała dystans 3274 stóp, o 318 więcej niż Venus.

Mecz doskonale spuentował fakt, że przed ostatnim serwisem Serena wyglądała, jakby miała zanieść się płaczem. Tuż po pojedynku siostry padły sobie w ramiona. Nie od dziś wiadomo, że nie przepadają za wspólnymi meczami, w odróżnieniu od publiczności. Wśród gości na Artur Ashe Stadium pojawił się m.in. kandydat na prezydenta USA - Donald Trump czy celebrytka Kim Kardashian. Przed dwoma dniami można było zresztą zobaczyć na Instagramie jej wspólne zdjęcie z Sereną, z którą wybrała się na herbatę.

Zwyciężczyni ćwierćfinału na większe rozrywki w ostatnim czasie nie może sobie pozwolić, bo tuż po meczu z Venus wypaliła: - "Jeśli mam być szczera, mam ochotę szybko uciec do łóżka, bo jest późno, a z samego rana mam trening". Amerykańskie media i tak podkreślają jej wielki luz, puentując niedawne zdjęcie z panną Kardashian: "Ain't Worried About Nothin". Na twarzy Sereny rzadko widać bowiem jakikolwiek niepokój. Nic dziwnego, już teraz uznaje się ją za jedną z najwybitniejszych kobiecych sportsmenek wszech czasów. Jeśli chodzi o sam tenis, Venus nie ma wątpliwości: - "Moja siostra już teraz jest najwybitniejsza w dziejach".

Inna legenda, jedna z najwspanialszych amerykańskich rakiet lat 70-tych i 80-tych, Chris Evans dodaje: - "Kiedy przed laty obie zaczynały karierę i wchodziły na scenę - były przeciwko całemu światu. Dziś tenis to po prostu Venus kontra Serena". Do spełnienia marzeń i nawiązania do rekordu Graf młodszej siostrze brakuje już tylko dwóch meczów - półfinału i finału. W najbliższym zmierzy się z notowaną na 43. miejscu w rankingu WTA Robertą Vinci, która we wtorek uporała się z Kristiną Mladenović (6:3, 5:7, 6:4). Faworyt wydaje się być jeden, bo panna Williams w trzysetowych starciach ma w tym roku imponujący bilans 18:1. Jeśli tylko starczy jej pary, po raz kolejny zapisze się złotymi głoskami na kartach historii... Posługując się promowanym przez nią hashtagiem na Twitterze, brzmiącym "#onemission", jej misja trwa.